Projekt długoterminowy. Otwieram karty…
Nie, to nie będzie żadna chwytliwa opowieść o wielkich odkryciach fotograficznych ani marketingowych zagrywkach. Daleki jestem od tego. Raczej opowiem o czymś bardziej osobistym. W okolicach maja, kiedy czułem, że moja twórczość fotograficzna utknęła w martwym punkcie, zdecydowałem się na mały eksperyment. Zwykle nosiłem aparat wszędzie, ale od jakiegoś czasu… stał się bardziej ozdobą półki niż narzędziem do łapania chwil. Brakowało mi tej energii, tego momentu, w którym dostrzegasz coś nieuchwytnego i po prostu musisz to sfotografować.

Może to zbyt górnolotne, ale czułem, że straciłem zdolność patrzenia. Nie umiałem znaleźć kadrów, które kiedyś przychodziły mi naturalnie. Przestałem widzieć te drobne momenty, które warto zatrzymać na zdjęciu. I to właśnie wtedy postanowiłem spróbować czegoś innego – zamiast aparatu, który leżał na półce, wziąłem do ręki telefon. W końcu miałem go zawsze. W tym pomyśle było sporo ciekawości: jak sprawdzą się RAWy? Czy da się z nich coś wyciągnąć? No i, oczywiście, było też trochę zabawy nowym sprzętem – nie ukrywajmy, każdy z nas to zna.
Na początku nie myślałem o tym jak o projekcie. Był to po prostu sposób, żeby znów zacząć pstrykać, uchwycić codzienność w jej najprostszej formie. Nie zastanawiałem się nad parametrami, nad perfekcyjną kompozycją, czasem czy miejscem. Chodziło o szybki „klik”. Moment, w którym cokolwiek mnie zaintrygowało, pstrykałem zdjęcie. Było to działanie instynktowne, spontaniczne. I tak zacząłem gromadzić te fotografie – jedną po drugiej, aż w końcu... telefon powiadomił mnie, że zabrakło miejsca. To była pierwsza chwila, w której spojrzałem na te kadry poważniej.



Kolekcja zaczęła robić się całkiem pokaźna. Zauważyłem, że te fotografie nie są już przypadkowym zbiorem kadrów – stawały się opowieścią. Nieświadomie, zaczęły się układać w coś większego. Rzuciło mi się w oczy, że każdy z nich mówi o poszukiwaniu – światła, cienia, spokoju i ciszy w codziennym zgiełku. Powstała z tego pewna narracja, choć nigdy tego nie planowałem. Nie szukałem tematu, sam się pojawił. Z tych małych, przypadkowych momentów zaczęła wyłaniać się historia. Pomyślałem nawet, że kiedyś, ułożę to w coś większego? Może mały Zin, gdzie te zdjęcia opowiedzą o tej podróży, choć nie fizycznej, ale bardziej wewnętrznej.
Czy moje patrzenie na świat, na kadry, było trafne? W mojej głowie powstał obraz tych zdjęć, ale czy widziałem je w odpowiednim świetle? Zastanawiałem się, co na ten temat powiedziałaby publiczność- jednak jest, ona nikła, więc zapytałem AI:
"Dominują w nim spokojne, subtelne ujęcia przyrody, miejskich przestrzeni oraz drobnych detali codzienności. Twoje fotografie ukazują fascynację światłem, cieniem, teksturą i kompozycją, często z delikatnym, filmowym zabarwieniem. Styl jest bardzo osobisty, pełen refleksji nad otaczającym światem, z wyraźnym minimalizmem i koncentracją na szczegółach. Kolory są stonowane, a całość sprawia wrażenie spójnej narracji o codziennym życiu i otaczającym krajobrazie, z nutą melancholii i ciszy."









Brzmi to ładnie, ale czy pasuje? Pewnie tak – choć trochę to naciągane. Patrząc na moje zdjęcia, wiem, że skłaniam się ku odosobnionym momentom. Widzę światło, teksturę, formę, które istnieją tylko przez chwilę. To chyba moja obsesja – kadry, które są tu tylko przez sekundę. W tym wszystkim mam też swoje „małe treningi” kompozycji. Sprawdzam różne układy, bawię się światłem i cieniem.
Czy to wychodzi? Czasem wątpię. To, co robię, może wydawać się przypadkowe. Może dlatego mówię, że moje fotografie są trochę „naciągane” – bo jak można robić coś świadomie, skoro nie potrafię tego nazwać? Dopiero z czasem, analizując to, co sfotografowałem, zaczynam rozumieć ich sens.






Ta fotograficzna przygoda zaczęła się całkiem niewinnie – od pstrykania DNG telefonem, bez zwracania uwagi na parametry. Nie interesowało mnie, czy światło jest idealne, czy to najlepszy czas. Projekt zaczął ewoluować. Z prostych ujęć zaczęło się to rozwijać w coś większego – sprzęt, aplikacje do edycji, akcesoria do telefonu. Pojawił się cel: chciałem, by wszystko, co potrzebuję do robienia zdjęć, było zawsze w mojej kieszeni.
I udało się! Teraz mogę powiedzieć, że udało mi się stworzyć mały, ale kompletny pakiet fotograficzny, który zawsze mam przy sobie. I w każdym z tych kroków, od spontanicznego pstrykania po poważniejszą analizę, było coś wyjątkowego. Każdy etap miał swoją wartość i nauczył mnie czegoś nowego o fotografii.
W kolejnych wpisach podzielę się tym, jak wyglądał każdy z tych kroków – trochę się tego nazbierało, a i kadrów mam sporo do pokazania.